"Akrobatki" to książka o tym, że ludziom przytrafiają się sytuacje banalne i pospolite - a jednak może się okazać, że nie aż tak banalne i pospolite, by gdzieś głęboko nie odcisnęły swego piętna. Przeżywanie staje się tu podstawowym wymiarem egzystencji; podstawowym, a zarazem tajemniczym, bo przecież miłość to tylko zintensyfikowany ból, zachwyt w sekundę przeradza się w rozczarowanie, a nuda okazuje się sposobem na śmierć i życie...
Autor, Arab żyjący w Izraelu i piszący po hebrajsku, ukazuje na sposób groteskowy i pełen ciepłej ironii życie zarówno Palestyńczyków, jak i Żydów, wśród których przyszło mu żyć. Narrator tego zbioru opowieści na poły biograficznych, twierdzi, że Arabowie w disco nie powinni tańczyć, bo to ich ośmiesza. Ośmiesza się jego ojciec, komunista, marzący po cichu o synu - palestyńskim pilocie albo twórcy bomby atomowej, chociaż jego szkolni koledzy nawet nie wiedzą, że Palestyńczycy to właśnie oni...
Bizot nie był gapiem, analitykiem, ekspertem w jedwabnej koszuli zasiedziałym w klimatyzowanym gabinecie. Był uczestnikiem. Był częścią rzeczywistości. Mówił tamtejszym językiem, żył tamtejszą kulturą. Miał dwie dusze: francuską i khmerską. Zdarza się, że po przeczytaniu książki zazdrościmy tym, którzy jej jeszcze nie znają, gdyż lekturę mają przed sobą. To właśnie jedna z takich książek. Z przedmowy Johna Le Carre
Na wielkim przyjęciu w Pasiano pod Wenecją czternastoletnia Lucia zakochuje się w szesnastoletnim Giacomo Casanovie. Dla niej, ale i dla młodzieńca, który przejdzie potem do historii jako najsłynniejszy kochanek świata, jest to pierwsza wielka miłość. Przysięgają sobie dozgonną wierność, lecz wkrótce potem Lucia znika bez słowa; ta zdrada już na zawsze zmieni spojrzenie Casanovy na kobiety. Wiele lat później, kiedy spotyka Lucię w Amsterdamie, notuje mimochodem w swoich pamiętnikach, iż swego czasu niesprawiedliwie ją ocenił. Cóż się wtedy stało? Dlaczego Lucia zrezygnowała ze szczęścia? "Casanova" Arthura Japina to właśnie opowieść o tym, co się zdarzyło, poruszająca relacja z niezwykłego życia Lucii.
"Kod Leonarda da Vinci", thriller Dana Browna sprzedany w nakładzie 40 mln egzemplarzy, w krótkim czasie stał się najsłynniejszą powieścią XXI wieku, źródłem niekończących się kontrowersji i ataków, także ze strony Kościoła katolickiego. Miliony czytelników z niecierpliwością czekają na zapowiadaną na koniec 2006 roku kontynuację z tym samym bohaterem, wykładowcą symboliki Robertem Langdonem, zatytułowaną "Klucz Salomona". Tym oczekiwaniom wychodzi naprzeciw publikacja Grega Taylora - "Da Vinci w Ameryce"...
Dobry pan to pan nauczyciel. A nawet pan dyrektor. Ponieważ pan dyrektor jest dobry, założył jedyną na świecie dobrą szkołę. Dobrą, miłą, różową i pluszową, całkowicie pozbawioną kantów i twardych krawędzi szkołę, w której dzieci są umiejętnie pozbawiane zła i agresji. Dlatego są dobre, chociaż niekoniecznie jest im dobrze. Dlaczego dobry pan jest taki dobry? Może dlatego, że miał nienajlepsze dzieciństwo. Wychowywany był przez kilkadziesiąt różnych osób. I do dzisiaj nie wie, kim byli jego prawdziwi rodzice...
Esej dla Kassandry zapewne nikomu się nie spodoba, bo będzie zakończony pochwałą postawy anarchistycznej, wobec tego, że myśl, wprzężona w obecne maszyny społeczne, utraciła wszelką konsystencję i nawet wszelką użyteczność ogólną i prywatną. Do tego wniosku przyszedł wprawdzie już Eklezjasta, ale dziś Pismo Święte nie jest więcej żadną referencją nawet dla stronnictw mających w swym programie idee chrześcijańskie. Wydaje mi się jednak, że dla nas, emigrantów skazanych na samotność, powrót do indywidualnego myślenia jest jedynym słusznym wnioskiem z naszej sytuacji.
Krzysztof w poezji trzyma się konkretu, od niego przechodzi do uogólnień, do filozofowania, rozważań o życiu. Z tego, co spostrzeżone i przeżyte, bierze się prawdziwe pisarstwo. Intuicyjnie czuję z nim jakąś wspólnotę poszukiwań, choć niekoniecznie tymi samymi drogami podążamy, ja w prozie, on w poezji. Trzymamy się ziemi, mocno stoimy na nogach -ten fundament jest nam bliski, stanowi jakiś pomost między naszymi pisarskimi gospodarstwami.
Pod koniec listopada, w odwilż, około dziesiątej rano pociąg Kolei Petersbursko-Warszawskiej pełną parą zbliżał się do Petersburga. Było tak mgliście i wilgotno, że świt z trudem przecisnął się przez chmury; z okien pociągu trudno było coś dojrzeć na odległość dziesięciu kroków. Wśród pasażerów pociągu można było znaleźć i takich, którzy wracali z zagranicy, stanowili oni jednak znaczną mniejszość. Najbardziej zapełnione były wagony trzeciej klasy, w których jechał drobny ludek pracujący z niedalekich okolic. Wszyscy jak jeden mąż byli zmęczeni, wszystkim przez noc ociężały powieki, wszyscy zmarzli, a ich twarze przybrały bladożółty kolor mgły za oknem.